Cerro El Plata jest najwyższym szczytem Cordón del Plata, który jest podpasmem Andów. Góra znajduje się 65 kilometrów na południowy wschód od Aconcagui i 60 kilometrów na zachód od stolicy prowincji, miasta Mendoza.

Na tę wyprawę wybrałem się z zaprzyjaźnionym przewodnikiem z Mendozy – Cezarem Emilio Quiroz, z którym rok wcześniej byłem na Aconcagui. Szlak zalicza się do trudnych, łącznie to 26 km drogi z ponad 3000 m przewyższeniem. W jedną stronę?

Po dojechaniu na wysokość ok. 2800 m.n.pm. ruszyliśmy z całym sprzętem w plecakach do obozu. Na wysokość około 3200 m.n.pm. Na tej górze nie ma żadnych schronisk i miejsc zaopatrzenia. Trzeba wszystko samodzielnie wnieść: namiot, karimaty, śpiwory, buty na sześciotysięcznik, jedzenie, gaz… To już jest wyzwanie.

 

Kolejnego dnia weszliśmy do „base campu”, czyli miejsca gdzie można rozbić namiot na rzeczką z wodą pitną. To już prawie 4300 m.n.pm. Po aklimatyzacji na Antarktydzie nie mam problemów z taką wysokością. Oczywiście czuję, że jestem dość wysoko, ale nie ma to negatywnych konsekwencji. Czas spędzamy na: gotowaniu, jedzeniu i piciu dużej ilości wody, odpoczynku i rozmowach.

 

Trzeciego dnia udajemy się na wycieczkę aklimatyzacyjną do 4600 m.n.pm. Potem odpoczynek, bo już rano wyjście na szczyt. A przed nami prawie 1700 metrów przewyższenia. Dużo. Czwartego dnia ruszamy po śniadaniu na szczyt. Nie ma potrzeby startować w nocy, dzień jest długi. Jak się później okaże...trzeba było jednak zacząć wcześniej.

 

Do przełęczy na 5000 m.n.pm. idzie nam się sprawnie. Z niej widzimy już szczyt. Jednak w drodze na niego pojawiają się chmury. Idzie mi się coraz ciężej. Za mną aklimatyzacja do wysokości nieco ponad 4000, nie do 6000 m.n.pm. Zostaje kilkadziesiąt metrów do szczytu, już widać rozbite śmigłowce. Najpierw jeden robił się w złej pogodzie, a potem jego los podzielił helikopter ratunkowy.

 

Cezar idzie przodem. Nagle wybiega z chmury machając wokół głowy rękoma. Zwariował? Nie, wszedł w środek chmury burzowej i na głowie ma…wyładowania elektryczne. Za chwilę mnie spotka to samo. Mogę zdejmować wyładowania z czapki. Na szczęście gruba podeszwa butów La Sportiva G2 izoluje mnie od ziemi. Po wybuchających wulkanach, trzęsieniu ziemi, alercie tsunami, teraz pioruny na głowie to kolejne doświadczenie. Próbuję podać telefon Cezarowi, żeby zrobił mi zdjęcie na tle helikopterów. Między nami przechodzi wyładowanie… Szybka decyzja: kijki do plecaka i biegniemy w dół. Zrobiło się bardzo niebezpiecznie. Biegniemy nie szlakiem, tylko w poprzek, żeby być jak najszybciej poza przesuwającą się chmurą burzową.

 

Pod nami na poniżej 5000 m.n.pm. inna chmura - z piorunami walącymi w okolicach base campu. Na przełęczy jesteśmy po 40 minutach, zamiast 2,5 godziny wędrówki na górę. Jesteśmy tutaj bezpieczni, ale… między dwoma chmurami. Czekamy jak niżej przejdzie chmura „piorunowa”. Uff, idziemy we mgle, ale bez piorunów. Po 9 godzinach wypadu jesteśmy w naszym namiocie. Jedzenie, dużo picia i odpoczynek. Najwyższa w moim krótkim życiu wysokogórskim różnica wzniesień. Łącznie 3400 metrów, daje w kość. Ale satysfakcja jest większa niż ból, choć nogi całe zsiniaczone z wieloma odciskami.

 

A piątego dnia już tylko zejście. To znaczy nie tylko, ale aż, bowiem ponad 1400 metrów z dużym plecakiem i ponad 24 kg na plecach. Moje kolana dostają wycisk na skraju wytrzymałości. Ale po powrocie do Mendozy… pyszny stek z jednej z najlepszych hodowli wołowiny na świecie. Potem 3 dni regeneracji i… kolejna wyprawa na Aconcaguę.

 

O niej nie będę pisał. Musiałem ją niestety przerwać, by wrócić w pilnej sprawie publicznej do Polski. Jednak pogoda nie pozwoliła pozostałym uczestnikom zdobyć tej góry. Pewnie na nią wrócę za rok lub dwa. Zresztą poznałem i bardzo lubię Mendozę, jej klimat i….Cabernet Franc. Tak właśnie tutaj jest jedno z dwóch najlepszych miejsc na świecie do produkcji jednoszczepowego Franca. Jest on zdecydowanie lepszy niż słynny Malbec, choć on też jest niezły. Ale to już inna historia, którą opiszę w sekcji WINIARSTWO.

 

Co dalej z górami? Przeczytaj tutaj https://adammarianski.pl/pasje/antarktyda-i-co-dalej-the-bucket-list