Jak przygotować się do takiej wyprawy? To musi być bardzo wymagający proces. Jak długo to trwa i co dokładnie robisz?

Codzienna kondycja to podstawa, zwłaszcza że większość czasu spędzamy przy biurku lub w samochodzie. Regularne ćwiczenia to zastępstwo dla ruchu, który kiedyś był naturalny. Przygotowania przed wyprawą to intensywne treningi, nawet dwa razy dziennie przez ostatnie dwa-trzy miesiące.

Ja muszę dodatkowo dbać o kolana, które mam uszkodzone po intensywnym graniu w squasha. Przed wyprawami noszę ciężkie plecaki, aby przyzwyczaić się do obciążenia. Korzystam też z krioterapii i odwróconej terapii tlenowej. Przed wyjazdem śpię w namiocie tlenowym, symulując wysokość 4000 metrów, a w ciągu dnia ćwiczę na wysokości do 6500 metrów.

 

Co czujesz na szczycie?

Chodzenie po górach to nie tylko zdobywanie szczytów, ale też ścieżka, którą trzeba przejść. To bardzo motywuje. Osiągnięcie celu jest super, ale sama wyprawa i pobyt w górach są równie ważne. Nie zawsze się udaje, jak na przykład na Aconcagua, gdzie pogoda uniemożliwiła mi wejście na szczyt, mimo świetnego przygotowania. Jednak lista celów życiowych jest tak długa, że zawsze jest coś do osiągnięcia.

 

Powiedz mi, skąd w ogóle wzięło się to zamiłowanie do podróży? Jeździłeś już do tylu krajów i ciągle wyznaczasz sobie nowe cele. Kojarzysz, kiedy to się zaczęło? Od czego to się zaczęło?

Wiem jedno – podróże dają ogromną wiedzę o świecie, wiele przemyśleń i zmieniają postrzeganie rzeczywistości. Jestem stoikiem, wiec pamiętam, że mamy jedno życie, więc warto z niego korzystać. Jeśli ktoś myśli, że może odkładać wszystko na emeryturę, popełnia zasadniczy błąd. Niewiele osób widziało i zrobiło tyle, co ja, a mam nadzieję, że jeszcze sporo przede mną. Nie żyjemy dla przyszłości, tylko dla tu i teraz.

Chciałbym zobaczyć większość świata, choć pewnie nie uda mi się zobaczyć wszystkiego. Czasami wybieram bardzo egzotyczne kraje. Na przykład w lipcu jadę do Eswatini, małej monarchii absolutnej w Afryce Południowej obok RPA. To mi się podoba, bo jest niecodzienne.

Wychowałem się w czasach komunistycznych, w ubogiej rodzinie. Do 1996 roku, mając 24 lata, byłem jedynie w NRD. Wtedy też pierwszy raz leciałem samolotem, do Stanów Zjednoczonych na szkolenie organizowane przez rząd amerykański. Niektórzy mówią, że teraz nadrabiam to, czego nie mogłem robić w dzieciństwie. Moje dzieci już widziały wiele i pewnie będą widziały jeszcze więcej. Może nie będą miały takiej pasji do podróżowania jak ja, ale kto wie, co przyniesie przyszłość.

Lubię wyprawy górskie, bo są wyzwaniem. To nie jest tylko zwykła podróż, ale coś więcej. Nurkowanie również jest wyzwaniem, zwłaszcza na wrakach floty japońskiej w Mikronezji. Jednak góry to coś innego – tam trzeba się naprawdę wysilić.

 

 

 Tak zauważyliśmy. Jesteś doradcą podatkowym, więc na pewno lubisz trudne rzeczy.

 Doradztwo podatkowe przy doradztwie górskim to łatwizna.

 

 

Może to jakaś forma sprawdzania siebie i ciągłego rozwoju. Powiedz mi, co było najtrudniejsze na tych wyprawach?

Najtrudniejsze było noszenie sprzętu. Nie mamy szerpów, więc musimy wszystko sami nosić. To duże wyzwanie, zwłaszcza dla mnie. Może trzydziestolatek miałby łatwiej, ale to wciąż wymaga przygotowania. Temperatury też są wyzwaniem, choć nie największym. Musieliśmy używać podwójnych ogrzewaczy, ale radzę sobie z niskimi temperaturami. Gorzej mają osoby z mojego otoczenia, bo po takich wyprawach wszędzie otwieram okna i zakręcam grzejniki.

 

 

Czy w takich ekstremalnych warunkach czujesz strach? Czy pokonanie go daje satysfakcję?

Nie wiem, czy to strach, ale staram się podchodzić do tego spokojnie. Jeśli sytuacja wydaje mi się zbyt niebezpieczna, potrafię się wycofać. To ważne, by nie ryzykować niepotrzebnie. Na przykład rok temu na Aconcagua przed nami dwóch wspinaczy próbowało wejść na szczyt mimo złych warunków pogodowych i spadli, ginąc. To pokazuje, że trzeba być odpowiedzialnym. W sierpniu planuję wejście na Matterhorn z zaufanym przewodnikiem, Pawłem Kunachowiczem, z którym wchodziłem na Mont Blanc. Sam bym się tam nie wybrał. Bezpieczeństwo jest najważniejsze, nawet na teoretycznie prostych górskich szlakach.

 

 

 A jakie masz teraz najbliższe plany? Wspomniałeś o sierpniu. Co jeszcze?

Na razie w planach mam Elbrus i Matterhorn, a resztę zobaczymy. Może w kolejnym roku Himalaje. Polecam wszystkim trekking w Himalajach, to jest przeżycie samo w sobie. Można zobaczyć te góry wiosną lub jesienią. Najlepiej dojść do bazy pod Everestem, to spore wyzwanie, bo to wysokość 5300 metrów. Jeśli ktoś nie chodził po wysokich górach, lepiej najpierw sprawdzić, jak organizm reaguje na wysokość. Powyżej 3000-3500 metrów brak saturacji może szybko dać się we znaki, więc to nie jest najlepszy wybór na początek. Lepiej spróbować czegoś niższego, na przykład Toubkal w Maroku (4000 metrów), który jest łatwy technicznie, ale już wysoki. Potem można ruszyć na Himalaje. To moja rekomendacja – każdy powinien mieć Himalaje na liście marzeń. Nie trzeba zdobywać szczytów, wystarczy trekking.

A ja mam bardzo długą listę – my bucket list…

 

Często mamy wymówkę, że jesteśmy bardzo zapracowani i nie mamy czasu na przygody. Znamy się już kilka lat i wiem, że potrafisz zorganizować sobie czas, mimo że jesteś bardzo zajęty. Jak to robisz? Daj nam jakąś receptę.

 

Moja recepta to nie tracić czasu na rzeczy zbędne. Przede wszystkim wszystko planować bardzo dokładnie. Codziennie poświęcam dużo czasu na planowanie dnia, tygodnia, wszystkich zajęć. Staram się być dobrze zorganizowany. Niektórzy tego nienawidzą, bo nawet idąc z gabinetu do kuchni, zastanawiam się, co mogę zabrać, żeby drugi raz nie nosić tych kubeczków. Szkoda mi na to czasu. Spacerując nad morzem, zawsze czegoś słucham. Organizacja to jedno, a drugie to unikanie toksycznych ludzi i środowisk. Zmieniałem uczelnię, bo nie chciałem tkwić w toksycznym środowisku. Pielęgnuję to, co dobre. Myślę o tym, jak spędzić resztę życia, uwzględniając różne obowiązki, także rodzinne.

Może to zabrzmi dziwnie, ale planuję życie od końca. Zastanawiam się, co chcę zrobić przed śmiercią i od tego zaczynam planowanie. Niektóre rzeczy mogę robić w starszym wieku, ale w góry już wtedy nie pójdę. Mogę pojechać na wycieczkowcu, czego teraz sobie nie wyobrażam, bo są inne rzeczy, które jeszcze mogę zrobić. Tak więc planuję bardzo dokładnie. Problemy pojawiają się przy sytuacjach nagłych, niespodziewanych. Staram się jednak do nich dostosować.

Pracuję od prawie 30 lat i mam do czynienia z sytuacjami nagłymi u klientów, więc jestem do tego przyzwyczajony. Niektórzy mówią, że mało mi adrenaliny i dlatego idę w góry. To jednak inny rodzaj adrenaliny. Stres w górach jest inny niż stres w pracy. Góry to pewne przeżycie, doświadczenie. Psychicznie po takim powrocie czuję się odświeżony. W tym roku miałem wyjątkowy urlop – ponad 5 tygodni. To mój pierwszy taki długi urlop. Jednym z moich pytań do klientów jest, czy mogą wyjechać na trzytygodniowy urlop. Jeśli firma nie przetrwa bez nich, to oznacza katastrofę. Testuję, czy moja firma przetrwa, gdy mnie nie ma. Doszedłem do 5 tygodni i firma przetrwała świetnie. Może w przyszłym roku spróbuję dłużej, może nawet 3 miesiące.

A jeżeli właściciel firmy rodzinnej nie może wyjechać na kilka tygodni, bez zarzadzania na odległość, tego jego firma nie jest przygotowana na sukcesję, zwłaszcza nagłą. Ale to już na inną opowieść.

 

Dziękuję bardzo, że znaleźliście czas, by przeczytać moją opowieść. Mam nadzieję, że była ciekawa.