Są doświadczenia, które pozostają z człowiekiem na długo. Jednym z nich była moja wyprawa na najwyższe wulkany obu Ameryk – w ramach projektu Korony Wulkanów Ziemi.

4 grudnia 2025 roku stanąłem na szczycie Ojos del Salado – 6893 m n.p.m., najwyższego wulkanu świata, najwyższej góry Chile i trzeciego co do wysokości szczytu całych Andów. To była kolejna góra w projekcie Korony Wulkanów – siedmiu najwyższych wulkanów każdego kontynentu.

Wcześniej zdobyłem:

  • Kilimandżaro – 2017
  • Elbrus – 2024

Projekt trwa – 3 z 7 wulkanów już zdobyte.
 

Najwyższy wulkan świata

Ojos del Salado leży na granicy Chile i Argentyny. Ma dwa wierzchołki – wschodni i zachodni. Ten zachodni, po stronie Chile, jest zaledwie o 54 centymetry wyższy. To jedna z tych gór, gdzie liczby robią wrażenie, ale prawdziwe wyzwanie kryje się gdzie indziej.

Największą trudnością jest wysokość – niemal 7000 metrów – oraz ekstremalne warunki klimatyczne. Wulkan znajduje się bowiem na skraju Pustynia Atakama, jednego z najbardziej suchych miejsc na Ziemi. To krajobraz surowy, niemal księżycowy.

 

Aklimatyzacja wśród wulkanów

Aby przygotować się do ataku szczytowego, aklimatyzowaliśmy się na pobliskich wulkanach. Każdy z nich był osobną przygodą:

  • Siete Hermanas – 4700 m
  • Mulas Muertas – 5350 m
  • San Francisco – 6018 m

To były dni, które pozwalały organizmowi stopniowo przyzwyczajać się do wysokości. Ale jednocześnie były to dni pełne niezwykłych doświadczeń: jazda jeepami przez pustynię Atakama; flamingi nad wysokogórskimi lagunami; guanaco przemierzające pustynne przestrzenie; po całym dniu – kąpiele w gorących źródłach termalnych; czasami połączone z szybkim zanurzeniem w lodowatej, słonej lagunie.

Kontrast temperatur przypominał, jak niezwykłe potrafią być miejsca na Ziemi.

 

Laguna Verde – ostatni obóz

Przed atakiem szczytowym stopniowo przesuwaliśmy obóz coraz wyżej. Ostatecznie naszą bazą stała się Laguna Verde – 4340 m n.p.m.

To jedno z najbardziej niezwykłych miejsc, w jakich przyszło mi nocować w górach. Turkusowa laguna, pustynny krajobraz i wulkany sięgające niemal siedmiu tysięcy metrów. W takich miejscach człowiek zaczyna odczuwać ogrom przestrzeni.

 

Atak szczytowy

Dzień 12 wyprawy. Najpierw dwie godziny jazdy przez pustynię i kamieniste górskie drogi – trasą, którą może pokonać tylko mocny samochód terenowy.

Godzina 2:30 w nocy. Na wysokości 5900 m rozpoczynamy podejście. Do pokonania mamy około 1000 metrów przewyższenia.

Początkowo droga prowadzi przez szerokie zbocza wulkaniczne. Wyżej zaczyna się teren skalny. Ostatni odcinek, powyżej krateru, to rumowisko skalne oraz krótki ubezpieczony odcinek wspinaczkowy. Jednak wpinaczka na wysokości prawie 7000 m n.pm. to jest już duże wyzwanie.

Po około 12 godzinach wspinaczki stajemy na szczycie. Najwyższy wulkan świata zdobyty. Widok z góry jest niezwykły. Andy rozciągają się po obu stronach – zarówno po chilijskiej, jak i argentyńskiej.

 

Droga w dół

Wejście to dopiero połowa drogi. Powrót do samochodów zajmuje kolejne ponad 6 godzin. Łącznie prawie 19 godzin ruchu w górach. A po powrocie czeka nas jeszcze dwie godziny jazdy przez pustynne wertepy.

Zmęczenie jest tak duże, że ekstremalna jazda nie przeszkadza w zasypianiu. Jednak w obozie czekała na nas nagroda: zupa grzybowa i pizza. A po spaleniu około 7000 kcal można sobie pozwolić na taki węglowodanowy grzech.

 

A potem… kolejna góra

Następnego dnia pakowanie, ale nie w celu powrotu do domu. Z częścią naszej grupy lecimy dalej – do Meksyku. Celem był kolejny wulkan z Korony.

Pico de Orizaba – 5636 m n.p.m. - najwyższy wulkan Ameryki Północnej.

Po wcześniejszej aklimatyzacji w Andach postanowiliśmy spróbować zdobyć Orizabę z marszu, bez dodatkowych wyjść aklimatyzacyjnych.

Pomysł był dobry, ale organizm po poprzedniej wyprawie, długiej podróży i zmianie stref czasowych nie zdążył się w pełni zregenerować.

A Orizaba potrafi zaskoczyć. Jest to bardzo stromy wulkan. Góra, która nie jest bardzo techniczna, ale jest niezwykle stroma. Wejście prowadzi przez luźne piargi wulkaniczne, gdzie kamienie spadają spod nóg, a piach się osuwa. A droga wciąż prowadzi w górę. I w górę. I jeszcze wyżej.

Jeszcze nigdy nie wchodziłem na tak stromy wulkan.

 

Dlaczego podejmujemy takie wyzwania

Wielu ludzi pyta mnie, dlaczego podejmuję takie wyprawy. Niektórzy mówią, że ludzie dzielą się na dwie kategorie: pierwszych, którzy wiedzą po co to robią i drugich, którym nie jesteś w stanie tego wytłumaczyć.

Jednak dla mnie odpowiedź jest prosta: bo życie nie może być tylko pracą i codzienną rutyną.

Pasje są jednym z fundamentów sztuki życia. To one pozwalają nam:

  • wyjść poza strefę komfortu,
  • poznać swoje granice,
  • odkryć determinację,
  • zobaczyć świat z innej perspektywy.

A przede wszystkim – poznać siebie samego.

 

Poszukiwanie sensu życia

Im dłużej żyję, tym częściej wracam do jednego pytania: po co żyjemy?

Nie chodzi tylko o sukces zawodowy. Nie chodzi tylko o osiągnięcia. Najważniejsze jest to, czy to, co robimy, ma dla nas sens.

Podróże, góry i doświadczenia pomagają ten sens odnaleźć. Pozwalają odkryć: nasze wartości, nasze potrzeby, nasze cele.

 

Refleksje z wyprawy

Po tej wyprawie zostaje kilka prostych wniosków:

  • wielkie cele osiąga się małymi krokami
  • cierpliwość jest ważniejsza niż siła
  • wyzwania budują charakter
  • prawdziwa satysfakcja wynika z drogi

Góry mają niezwykłą właściwość, bowiem odsłaniają w człowieku to, co prawdziwe.

Pokazują nasze słabości, ale także siłę. Dlatego wracam w góry. Nie tylko po kolejne szczyty, ale przede wszystkim po kolejne lekcje życia. Kolejne wyzwania niedługo.