Moja przygoda rozpoczyna się w Punta Arenas na południu Chile, czyli Patagonii. Antarktyda to jeden z głównych celów mojej wyprawy. Po pierwsze, to siódmy i ostatni kontynent, na którym jeszcze nie byłem, a po drugie, znajduje się tam najwyższy szczyt zaliczany do Korony Ziemi, który jest głównym bohaterem tej opowieści.

 

Sam przelot na południe Chile dostarcza wielu wrażeń. W Punta Arenas, przez cały rok utrzymuje się temperatura około kilkunastu, czasami 20 stopni. Miasto ma charakter portowy, ale jest to doskonałe miejsce do wypadu do Patagonii, zarówno chilijskiej, jak i argentyńskiej. Miejsce niezwykłe.

 

Skupmy się jednak na wyprawie na Antarktydę, na którą organizowane są różne ekspedycje, w tym również komercyjne. Trzy główne punkty to najwyższy szczyt kontynentu - Mount Vinson, biegun południowy oraz najwyższy wulkan Mount Sidley, który w tym roku zdobyło dwóch Polaków (w tym Ryszard Pawłowski). Nasza ekipa liczy sześciu Polaków, z Tomkiem Kobielskim jako liderem. Na szczycie Mount Vinson było dotychczas nie więcej niż 50 Polaków. W tym roku zdobyło go około 80 osób z całego świata, co czyni tę górę unikatową w porównaniu z Everestem.

 

Podróż nie jest już tak ekstremalna jak kiedyś. Obecnie na Antarktydę lata się normalnym Boeingiem. Dawniej latało się Iliuszynem, który dziś jest wykorzystywany tylko jako samolot transportowy. Loty organizują islandzkie linie lotnicze - prawdopodobnie ze względu na doświadczenie w ekstremalnych warunkach. W samolocie tylko część miejsc jest zajęta, reszta to zaopatrzenie, w tym śpiwory na wypadek awaryjnego lądowania.

 

Po przylocie do Union Glacier lądujemy na lądowisku – lodowisku (!) kilka kilometrów od bazy. Z bazy można udać się na różne wyprawy. Można również uczestniczyć w ekstremalnych maratonach.

 

W bazie są prysznice, biblioteka i stołówka. Można również jeździć na rowerze. My jednak – ze względu na napięty plan - korzystamy z większości atrakcji. Tego samego dnia wylatujemy na wyższy poziom – do base camp, gdzie zaczyna się wyprawa na Mount Vinson. Loty realizowane są  awionetkami z określoną wagą bagażu, ponieważ lądowanie odbywa się na płozach. W ten właśnie sposób docieramy do Base Campu (2200 m n.p.m.), w którym rozpoczynamy naszą przygodę.

 

Widoki zapierają dech. Myślę, że zdjęcia dają nieco wyobrażenia, jak to mniej więcej wygląda. Lodowce to pułapki z licznymi szczelinami i zamarzniętymi strumieniami, dlatego przemieszczanie jest możliwe tylko na wyznaczonych trasach. Nawet w pobliżu Union Glacier zdarzają się wypadki. Zawsze trzeba uważać.

 

Lądujemy. zdjęcia  Jesteśmy 5000 km od stałego lądu (Ameryki Południowej). W Base Campie spędzamy jedną noc. Baza jest dużo mniejsza niż ta, w której byliśmy wcześniej. Znajduje się tu kilkanaście namiotów i mesy techniczne. Warunki są tu komfortowe w porównaniu do tego, co będzie wyżej.

 

Widać już masyw Mount Vinson, nie widać jeszcze samego szczytu. Mamy przed sobą 25 km do przejścia.