Następnego dnia wyruszamy do bazy nr 2, która znajduje się na wysokości 2800 m n.m.p. Na saniach i w plecakach przetransportowujemy cały niezbędny sprzęt, jedzenie oraz odzież. Warunki są jeszcze znośne, mimo że temperatura wynosi minus 15 stopni.

 

Docieramy do bazy nr 2 po 8 godzinach. Odległość wynosiła 10,5 km z różnicą wysokości 600 m. Kolejnego dnia idziemy na aklimatyzacyjny wypad, ale wracamy na dół, ponieważ jutro będzie bardzo wiało. Planujemy wspinaczkę po poręczach do high campu, a stamtąd na szczyt. Prognoza pogody na najbliższe dni nie jest korzystna, wiatr ma osiągać 70 km/h.

 

Potrzebujemy odpoczynku. Jest zimno, bardzo zimno. Temperatura w nocy wynosi minus 17 do minus 20 stopni. Pewną ochronę stanowią namioty. Ustawiane w przemyślany sposób na wypadek zejścia lawiny.

 

Czekamy na lepsze warunki pogodowe. W bazie nr 2 spędzamy cztery dni. Przy minusowych temperaturach wyzwaniem jest już wyjście ze śpiwora, że o załatwieniu fizjologicznych potrzeb nie wspomnę.

 

Przez te dni trenujemy wspinaczkę na poręczach, chodząc w uprzęży i rakach. Jumar to urządzenie do asekuracji, którego używamy na linach.

 

Zdjęcia przedstawiają naszą wspinaczkę oraz żółtą chorągiewkę, którą może ktoś rozpozna. To jest toaleta na „jedynkę” i „dwójkę”. Załatwianie potrzeb fizjologicznych poza wyznaczonymi miejscami jest surowo zabronione. Jeśli strażnicy cię złapią, grozi ci wyrzucenie z parku oraz kary pieniężne. Opróżnianie butelek powinno odbywać się w bazach, gdzie są specjalne toalety. Te znajdują się w strategicznych miejscach, ponieważ podczas wspinaczki, która czasami trwa kilkanaście godzin, potrzeby fizjologiczne są nieuniknione.

 

Należy pamiętać o niskich temperaturach. Zwłaszcza przy silnym wietrze, który może osiągać kilkadziesiąt kilometrów na godzinę, i temperaturze odczuwalnej np. minus 50 stopni, załatwianie się staje się dużym wyzwaniem. Dlatego nawet tutaj planowanie jest kluczowe, zwłaszcza w przypadku „dwójki” – najlepiej zrobić to przed wyjściem z bazy.

 

Wyprawa na Antarktydę to najlepszy detoks od codzienności. Brak Internetu, ograniczony kontakt ze światem i skupienie na przetrwaniu. To coś niesamowitego dla psychiki. Na normalnym urlopie jesteśmy zawsze otoczeni bodźcami. Tutaj, od momentu lądowania do powrotu, mamy około dwa tygodnie, które spędzamy w odcięciu od świata, w gronie wybranych osób. Warto więc wiedzieć, z kim się jedzie, by uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek.

 

Podejście do poręczówek to również wyzwanie. Nachylenie terenu wynosi 40 stopni, więc poręczówki są niezbędne. Wchodzimy na lekko, ale do high campu będziemy musieli nieść ponad 20 kg sprzętu i wyżywienia. Różnica wysokości wynosi 1200 m.

 

W bazie numer 2 na wysokości 2800 m n.m.p., widoki są fantastyczne. O pierwszej w nocy, dzięki słońcu można siedzieć bez rękawiczek. Mamy piękną, bezchmurną pogodę – mamy więc wyjątkowe szczęście.

 

Prognozy zapowiadają wiatr o prędkości 70 km/h. Musimy się przygotować, budując ochronne murki z bloków lodu. Wycinamy bloki lodu piłą i układamy je, by stworzyć murek chroniący namioty przed wiatrem. Angażują się wszyscy, choć czasami wygląda to jak praca zespołowa w stylu "jeden pracuje, reszta stoi". Zbudowaliśmy nawet igloo, które miało pełnić funkcję baru.

 

W środku mesy, gdzie można coś ugotować, mieliśmy nawet steki. Żywność przechowywana jest w naturalnej lodówce. Ważne jest odpowiednie odżywianie przed wyjściem w górę, gdzie będziemy tylko na liofilizatach. Pogoda w bazie numer 2 jest zmienna. Czekamy na lepsze warunki, by ruszyć dalej.