W końcu ruszamy na poręczówkach do bazy nr 3 na wysokości ponad 3.800 m n.p.m. Odczuwana wysokość jest jednak 600-800 metrów wyższa (bliskość bieguna). Wnosimy w plecakach: namioty, śpiwory, karimaty, wyposażenie i jedzenie na 2 dni (na styk).

 

Kolejnego dnia rano ruszamy na szczyt, ponad 1000 metrów w górę. Pogoda się załamuje. Po nieudanym ataku szczytowym, wracamy do bazy numer 3, gdzie wiatr osiąga 50 km/h, wspinaczka jest niemożliwa. Siedzimy w namiotach, czekając na poprawę pogody. Na zewnątrz panuje zamieć. Jedzenia mamy na dwa dni, a będziemy trzy. Kasza z parówką to rarytas, a wyjście na „dwójkę” to ostateczność. 

 

Szczęśliwie po dwóch dniach przestaje wiać. Ruszamy w górę. Znowu jesteśmy w drodze na szczyt zdjęcia. Najpierw idziemy szeroką doliną, później zaczynamy podejście na przełęcz, gdzie robi się bardzo zimno. Tomek [Kobielski] mówi, że może być minus 50 stopni Celsjusza. Używamy podwójnych rękawiczek (łapawice) i rozgrzewaczy. Tylko jeden z kolegów, który używał sprzętu The North Face zamiast polskiego producenta – firmy Małachowski - odmroził sobie palce. Polscy producenci puchu i odzieży są jednymi z najlepszych na świecie – warto o tym pamiętać.

 

Na szczycie robimy standardowe zdjęcie z flagą (Mariański Group zawsze towarzyszy mi na szczycie). Jesteśmy na wysokości 4892 metrów, ale odczuwalna wysokość wynosiła około 5500-5700 metrów. Jest strasznie zimno.

 

Urządzenie Garmin In-reach, które mam ze sobą pozwala śledzić moją trasę – ten warunek postawiła przez moja żona przed tą wyprawą. Niestety podczas ataku szczytowego pod wpływem niskiej temperatury urządzenie się rozładowuje. Nagle znikam z mapy, a tysiące kilometrów stąd w domu wybucha panika. Żona przełącza się na śledzenie trasy Tomka Kobielskiego. Wizualizacja pokazuje, że z 4000 m spadamy na 3000 m, następnie jesteśmy na 6000 m, co oczywiście nie było możliwe, ale wywołało dodatkowy stres.

 

Cała ekipa dociera szczęśliwie do bazy na 2200 metrach. Stamtąd mamy wylecieć. Lądowanie i start na lodzie to wyjątkowe doświadczenie, choć najbardziej ekstremalne lądowanie, jakie przeżyłem, miało miejsce w Himalajach na krótkim pasie startowym, gdzie z jednej strony stoi wrak samolotu, który nie wyhamował na czas.

 

Żegnamy Antarktydę - kontynent pokryty śniegiem i lodem, z wyjątkową przyrodą. Ostatnie dni spędzone w Punta Arenas to czas pożegnań i wręczenia medali.

 

Ps. Podczas wyprawy w wysokie góry schudłem osiem kilogramów w dziesięć dni. To dobra wiadomość dla tych, którzy chcą poprawić swoją sylwetkę, choć wymaga dużo wysiłku.