#83 państwo - Mjanma
Mjanma (Birma) to bardzo nieoczywisty wybór na spędzenie przełomu roku. Jednak zdecydowaliśmy się na wyjazd, ze względu na chwilowy względny spokój w znacznej części tego państwa. Od pandemii, zwłaszcza po obaleniu demokratycznie wybranego rządu Aung San Suu Kyi w 2021r., turystka spadła o ponad 90%. Ponadto 1/3 kraju jest zajęta przez różne siły partyzanckie.
Ma to jednak swoje plusy, bo nigdzie nie ma tłoku, a wielu miejscach widok białych ludzi budzi duże zainteresowanie (o tym w dalszej części). Z drugiej strony widać jak trudna jest sytuacja branży turystycznej, większość hoteli jest po prostu zamknięta. Słaba infrastruktura drogowa i liczne posterunki wojskowe także nie wspierają jej rozwoju.
Naszą przygodę rozpoczęliśmy od przylotu do Rangun (Yangon), jeszcze nie tak dawno stolicy Birmy. Zobaczyliśmy mistyczną pagodę Shwedagon. Złota stupa jest sercem Birmy. Przyjmuje się, że pagoda ma 2500 lat, a centralna stupa jest otoczona dziesiątkami misternie zdobionych budynków i o różnym statusie. Shwedagon („złota pagoda z miasta Dagon”) to najcenniejszy obiekt w sferze religii buddyjskiej, ponieważ zawiera w sobie relikwie Buddy (8 włosów Buddy Gautama) oraz w wymiarze materialnym, ze względu na przepych i ilość złota oraz kamieni szlachetnych użytych do budowy tej pagody.

Yangoo
Następnie polecieliśmy do Heho, tak starym ATR-72, że śmialiśmy, że to ten wycofany kilkanaście lat temu z trasy Wrocław – Warszawa. Z lotniska transfer nad jezioro Inle, do jednego z ostatnich czynnych hoteli.
Przez kolejne kilka godzin pływaliśmy po różnych zakątkach mistycznych wód jeziora Inle, które są usiane pływającymi ogrodami, domami na palach, które należą do ludności z plemiona Intha.
Jezioro Inle
Widzieliśmy także wiele szalup rybaków posługujących się niezmiennymi od wieków metodami połowu, w tym zwłaszcza techniką nożną wiosłowania.
Jezioro Inle
Ponieważ były to dni wolne w Birmie to do miejscowych świątyń przybyło wiele osób z wiosek, zwłaszcza z północnej części kraju. Cześć z nich po raz pierwszy widziała białych ludzi, więc nas dotykali, robili sobie zdjęcia, a nawet próbowali obejmować, jak coś…świętego.
A na jeziorze uprawiają pomidory i ogórki, co wymaga olbrzymiej ilości pracy, ale sałatka z pomidorów była naprawdę pyszna.

Jezioro Inle
Kolejnego dnia udaliśmy się w 8 godziną podróż do Mandalay, które położone jest nad rzeką Irawadi. Mandalay było ostatnią stolicą królestwa Birmy. Zobaczyliśmy niezliczoną ilość atrakcji: jedno z trzech najświętszych miejsc w kraju – pagodę Buddy Mahamuni, wzgórze Mandalay wraz okolicznymi świątyniami. A także najdłuższy most tekowy na świecie U Bein (na zdjęciu), który na stałe stał się wizytówką Birmy.

Dotarliśmy także do klasztoru Mahaganyong w Amarapurze, gdzie mieszka setka mnichów. Każdego dnia zbiera się, by otrzymać od mieszkańców pokarm. Sami nie mogą pracować, więc woluntariusze gotują dla nich w wielkich garach. Na jednym ze zdjęć pozujemy z ich 93-letnim „szefem”, który zaprosił nas do wspólnej fotografii.

Jednak najbardziej dech zapierał widok pełnych ulic oczekujących mnichów na przekazanie darów na ostatni posiłek tego dnia (do 12.00, potem post).
Potem odwiedziliśmy szkołę prowadzoną przez mnichów, ale także dla dzieci z biednych rodzin. Zdecydowaliśmy się wręczyć podarki dla jednej z klas, ale ostatecznie rozdaliśmy przekąski dla…ponad 900 dzieci, czyli wszystkich uczniów.

A tu raz jeszcze widok na królewskie Mandalay...

Czas na sylwestra, czyli wstęp miejscowych gwiazd.

Z samego rano wyjazd do magicznego Bagan, gdzie już kolejnego dnia czekała nas główna atrakcja, czyli lot balonem o wschodzie słońca nad tysiącami świątyń. Magia.

Na koniec trochę fotek z lokalnego targu
A potem lunch w lokalnej knajpie, ale za to z „otwartą” kuchnią? Przewodnik nam dziękował za pierwszy od pięciu lat lunch, a w sumie kosztował nas 10$.

Następnego dnia lot do Yango z międzylądowaniem w Heho, no i jakżeby inaczej jeszcze jeden Budda. Tym razem ponad 120 metrowy, leżący, dla którego zbudowano specjalną halę.

No i czas powrotu. Mimo biedy jednak ludzie są szczęśliwi, a jak piszą nawet szczęśliwe są i kurczaki?

Tak zwiedziłem 83 państwo. Jeszcze prawie 120 do odwiedzenia, ale co raz trudniej, bo dalej i dalej. Nie wszędzie bezpiecznie. Dlatego warto korzystać z chwili gdy jest w miarę bezpiecznie. Kiedyś umknął mi wyjazd do Libanu, a teraz nie wiadomo kiedy to znowu będzie możliwe.
więcej zdjęć w galerii: