Długowieczność a sztuka życia – czego uczą nas stoicy i kazus Bryana Johnsona.
„Nie martwisz się przecież tym, że ważysz określony ciężar, a nie dwa razy więcej, prawda? Dlaczego więc złości cię to, że przeznaczony jest ci określony czas życia, a nie większy?” – pisał Marek Aureliusz (Rozmyślania, 6.49).
Trudno o lepsze lekarstwo na współczesną obsesję długowieczności.
Na naszych oczach rodzi się kult „nieśmiertelności”. Współczesny świat, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, zafascynowany jest ideą nie tylko zdrowia, ale i długowieczności. Powstają programy biohackingu, laboratoria starzenia się, a medialne postacie – jak Bryan Johnson – stają się ikonami radykalnej walki o zatrzymanie czasu. Johnson inwestuje fortunę w restrykcyjne diety, suplementację i eksperymentalne terapie, wszystko po to, by żyć jak najdłużej i w jak najlepszej kondycji, a może po to, by oszukać czas. (O nim samym piszę w innym wpisie).
A co, jeśli w tym szaleńczym pędzie do przedłużenia życia gubimy… samo życie?
Na pierwszy rzut oka trudno odmówić temu sensu. Przecież chcemy żyć zdrowo, chcemy mieć siły, by doświadczać świata, by cieszyć się obecnością bliskich i własnym sprawnym ciałem. W tym podejściu nie ma nic złego – wręcz przeciwnie, jest to wyraz troski o siebie.
Jednak już Seneka ostrzegał: „Życie jest długie, jeśli wiesz, jak je spożytkować”. Problem w tym, że pogoń za kolejnym rokiem, kolejną dawką młodości, kolejną technologią, która „odmłodzi komórki”, łatwo może zamienić się w klatkę. Zamiast żyć, zaczynamy czekać – na przełom, na cud, na przyszłość, która nigdy nie nadchodzi.
Pojawia się zatem pytanie, które stawiali już starożytni stoicy: po co żyć długo, jeśli życie samo wymyka się spod naszych rąk?
Epiktet przypominał, że nie w naszej mocy jest długość życia, lecz sposób, w jaki je przeżywamy. Seneka pisał, że „nie krótko żyjemy, ale wiele życia marnujemy”. Stoicy uczyli więc, że ważniejsze od lat jest to, czy potrafimy przeżyć dzień świadomie, z poczuciem sensu i spokoju ducha.
I tu pojawia się kontrast z losem współczesnych „inżynierów długowieczności”. Brian Johnson zyskał rozgłos, ale też krytykę. Bo choć jego metody być może przedłużą życie o kilka czy kilkanaście lat, rodzi się pytanie: czy życie podporządkowane obsesyjnej kontroli, rygorowi i eksperymentom medycznym, jest jeszcze życiem w pełnym znaczeniu tego słowa?
Stoicka odpowiedź brzmi jasno: warto dbać o ciało, ale jeszcze bardziej warto dbać o duszę. Długowieczność nie jest celem samym w sobie. To nie kalendarz ma znaczenie, ale jakość przeżytej chwili.
Sztuka życia polega więc na równowadze – trosce o zdrowie bez utraty radości, dyscyplinie bez popadania w niewolę, świadomym wyborze tego, co dobre i piękne, zamiast lęku przed przemijaniem.
Ten, kto całą energię poświęci na to, by żyć długo, ryzykuje, że nie przeżyje naprawdę ani jednego dnia.
Bo sztuka życia to nie tylko jego długość (a może zwłaszcza nie). Jakość a potem długość.